W
listopadzie wieczory stają się naprawdę nieprawdopodobnie długie.
Jakoś więcej czasu spędza się w domu. Więcej się w nim
przebywa, więcej się bałagani, no i więcej sprząta. Co i rusz
padnie wzrok na coś, czego przedtem, jakby nie było wcale. Dzisiaj
zobaczyłem swoje nieliczne domowe rośliny. Zobaczyłem je ledwo,
ledwo, bo były pokryte naprawdę imponującą warstwą kurzu. Trzeba
przyznać, że nie mam ręki do kwiatów. Żyją niemal cudem.
Większa część z nich to sukulenty, co to można je bardzo rzadko
podlewać. Wstyd przyznać, ale i te pancerne kwiatki udaje mi się
co jakiś czas zasuszyć. To spora umiejętność, tylko kto doceni
moje pionierskie prace naukowo – badawcze... :-) Ale do rzeczy.
Otóż w pewnym etapie zakurzenia, nie ma się co bawić szmatkami,
wytarcie kurzy ze wszystkich powierzchni biologicznie czynnych na
sucho czy wilgotno, już nie pomoże. Pora na rozwiązania totalne.
Biorę roślinki w całej ich okazałości lub marności i daję im
drugie życie. W wannie, delikatnie, chłodną wodą z prysznica
zmywam listki i daję im postać parę godzin w wodzie. Niech na
zapas pobiorą, tego czego im na co dzień brak. No i w sumie
skończone. Przynajmniej z kwiatkami... :-) Bo łazienka wygląda po
takiej akcji strasznie po prostu... No nic, trzeba i to ogarnąć.
Ziemia w wannie. No nie wiem, może na dziś wersja minimum w
łazience, tzn. usunąć ziemię, liście i inne odpady organiczne,
umyć wannę , prysznic, umyć podłogę i już. Mniej więcej.
Szczerze mówiąc, ciąg dalszy sprzątania niestety niebawem musi
nastąpić.