Dziś porządne sprzątanie łazienki. Najpierw sprzątnę pranie, które naprawdę jest już z suche (nawiasem mówiąc 4 dni temu, też już takim było:-) Sprzątanie łazienki jest mile i przyjemne. Tak sobie mówię :-) Dobra dosyć motywacji. Pora przejść do czynu. Najpierw zalanie sedesu substancją strasznie żrącą. Niech czeka. Gruntownie odkurzam podłogę. I przechodzę do miłych rzeczy. Czyszczenie luster, których w mojej łazience jest sporo. Duuuuże i małe. To miła część, bo zawsze tak wdzięcznie reaguje na szmatkę i płyn do mycia szyb. Podobnie jak armatura. Czyszczę i poleruję ją gruntownie i po chwili, w niej też można się przejrzeć :-) Wanna niemal czysta, ale wszelkie półki i półeczki z bibelotami, kosmetykami to dłuższa robótka. Tę część pracy uznaję za niewdzięczną, bo mało po niej widać odkurzanie, zmywanie i czyszczenie. Ale cóż, to punkt obowiązkowy. Na koniec wanna i wszystko co do niej pospadało z okolicznych półek. Umycie małego zlewu też dosyć szybko poszło. Ten błysk i połysk na koniec – bezcenne :-) Odkurzenie, powycieranie pralki to już wykończeniówka. Teraz muszla klozetowa – szorowanie szczotką i gotowe. Ale sporo się trzeba nagimnastykować na kolanach, nad jej wyczyszczeniem z zewnątrz. Poszło. Teraz mop w akcji i po kłopocie. Jeszcze tylko wymiana ręczników i spokój na tydzień. Aż żal pomyśleć, że ten piękny efekt nie utrzymuje się długo. Może pora pomyśleć o szanowaniu pracy własnej i sprzątaniu i zmywaniu na bieżąco. Wiem, wiem... pozostała jeszcze nietknięta powierzchnia typu glazura. Ale tej nie czyszczę często, bo to potężna praca. Zostawię na sprzątanie przedświąteczne :-) Wszak to niebawem :-D