Witam ponownie.
Dzisiaj chcę napisać o pewnej codziennej sytuacji kryzysowej, która
jak to zwykle bywa, stała się inspiracją do niecodziennych
porządków :-) Otóż wczoraj wieczorem postanowiłem, jak to zwykle
robię około godziny 20, zmienić oświetlenie w moim pokoju na
spokojniejsze. W tym celu włączyłem kinkiet. Aż tu nagle...
Kinkiet zaczął wydawać niezidentyfikowane dźwięki, a żarówka
zaczęła migotać z częstotliwością dyskotekowego stroboskopu –
no i... zgasła. Trudno, trzeba było zmienić źródło światła w
kinkiecie. W tym celu udałem się do szafki z żarówkami, znalazłem
odpowiednią i zabrałem się do wymiany. A tu – następne -
(zaskoczenie?). Muszę powiedzieć, że mieszkanie w lesie posiada
większość niekwestionowanych zalet, poza jedną – ciągłe
sprzątanie. Zaryzykuję tezę, że rzeczy kurzą się 10 razy
szybciej niż w innych okolicznościach. Dlatego po zajrzeniu do
wnętrza abażura, spotkałem to czego powinienem był się
spodziewać. Tony kurzu + w takich przypadkach nieodzowne (osoby o
słabszych nerwach, proszę o opuszczenie tego fragmentu) - ogromne
ilości zasuszonych much, komarów i nawet dwa szerszenie ;-) Nie
było innego wyjścia, tylko zabrać się za czyszczenie elementów
oświetlenia kinkietu. Ale po skończeniu tej operacji doznałem
dodatkowego oświecenia – przecież pozostałe lampy i abażury
wyglądają podobnie i posiadają także liczne, tego typu „skarby”
;-) A więc zabrałem się za czyszczenie zewnętrzne i wewnętrzne
lamp i innych elementów oświetlenia. Najpierw czyściłem je na
mokro szmatką, a potem na sucho. Jak sami rozumiecie, trochę czasu
mi to zajęło... Ale cóż, takie już są uroki mieszkania w lesie
:-) Życzę Wam także wielu owocnych bojów w walce o czystość
naszych domostw :-)
Do następnego wpisu