Ostatni weekend spędzaliśmy u rodziny. A że był to jeden z
tak zwanych długich weekendów mogliśmy pozwolić sobie na odwiedzenie rodziny
mieszkającej kilkaset kilometrów od nas na Podkarpaciu. Jako że podróż długa, a
kolej na odcinku Katowice-Kraków porusza się z prędkością spacerującego żółwia,
kombinowaliśmy tak, aby ten feralny odcinek przejechać autobusem zastępczym lub
jednym z busów, któregoś z prywatnych przewoźników.
Ostatecznie udało się dojechać do grodu pod Wawelem autobusem
zastępczym interregio. W Krakowie mieliśmy dosłownie kilkanaście minut na
przesiadkę. To za mało, aby ruszyć na zwiedzanie tego fantastycznego miasta. Kupiliśmy
więc miejscowy przysmak – obwarzanki z solą. Budki z tym specjałem krakowskim
stoją na niemal każdym rogu. Czekaliśmy na nasz opóźniony o kilka minut pociąg
obserwując życie na dworcu. A tu trwało w najlepsze sprzątanie. Kilka pań
zajmowało się myciem podłóg, posługując się w tym celu specjalnymi
zmechanizowanymi pojazdami. Myły one cała posadzkę specjalnymi szczotkami. Panie
siedziały w środku, sterując jedynie maszyną. Stary, zabytkowy krakowski
dworzec został na dobre zamknięty. Nie obsługuje już pasażerów. W zamian wybudowano
całkiem nowy, podziemny, przestronny gmach, w którym położone na posadzkach kafelki
na pewno sprzyjały utrzymaniu czystości. Po umyciu podłóg panie wzięły się za
umycie schodów. Obserwując te wszystkie czynności zaczęłam wierzyć, że smród i
bród na polskich dworcach przejdą kiedyś do niechlubnej historii. Po
piętnastominutowym opóźnieniu przyjechał nasz pociąg i mogliśmy kontynuować
naszą podróż na Podkarpacie.