Opiszę dzisiaj jak to jest z moim mężem.
Jak poznałam mojego męża mieszkał na sublokatorce miał pokój z kuchnią i łazienką zawsze wysprzątana. Kurze powycierane, dywan i kanapa odkurzone toaleta lśniła aż milutko było wejść naczynia pomyte, kuchenka też bialutka. okna przejrzyste. Po ślubie zamieszkaliśmy razem i czar prysł - wiec pytam. Co z nim nie tak? Na początku gdy chciałam być dobrą żoną robiłam wszystko sama. Potem gdy urodziło nam się dziecko trochę mi pomagał przynajmniej prasował pieluszki bo nie było pampersów jak dzisiaj i trzeba było prac samemu. Najpierw wygotować w kociołku potem wyprać w prastarej pralce wirnikowej, wypłukać i dopiero po wysuszeniu wyprasować. Czasem pobawił się ze swoją córeczką a ja w tym czasie posprzątałam mieszkanie z kurzu meble i podłogi, pomyłam okna jak miałam czas. Po latach na świat przyszło jeszcze dwoje dzieci i wtedy dla niego było za wiele. Już nie był taki skory do pomocy czasem tylko jak miał ochotę to coś zrobił. Czasem po długich rozmowach udawało mi się namówić go do pomocy, ale zostałam przy tym zrzędą i marudą Dzisiaj gdy dzieci dorosły i się usamodzielniły a ja pojadę w odwiedziny do wnuków to udaje mu się posprzątać kuchnie pozmywać naczynia, wyczyścić kuchenkę , umyć podłogę. Jak piorę firanki to pozawiesza mi nowe i czyste na karnisze, ale ile trzeba się naprosić, żeby coś zrobił. Najlepsze jest z tego wszystkiego, że się narobi a za pięć minut robiąc sobie kolacje zaraz sobie nabałagani i taki jest mój mąż i jeszcze trzeba go chwalić jaki jest pracowity, bo inaczej więcej już nie pomoże.